Pin It

Niektóre położne decydują się wyjechać do miejsc, gdzie trudno o odpowiednią opiekę medyczną i tam pomagają rodzącym kobietom i przychodzącym na świat dzieciom. Jak rodzi się w Afryce? O swojej pracy w Tanzanii, czyli w środkowo – wschodniej części Afryki, opowiada Monika Nowicka – polska położna.

Co skłoniło Panią do tego, żeby wyjechać właśnie do tej części świata i tam pracować?

W 2005 roku zaczęłam działać w wolontariacie przy SMA (Stowarzyszenie Misji Afrykańskich). Powoli zaczęłam odkrywać w sobie powołanie misyjne i powołanie do bycia położną. Na początku studiów byłam już pewna, że chcę w przyszłości połączyć te dwie pasje. W 2009 roku zostałam Misjonarką Świecką SMA, a w kolejnym roku, we wrześniu, zaraz po skończeniu studiów wyjechałam do Tanzanii. Czemu Tanzania? Bo tam akurat było wolne miejsce dla położnej. Nie chciałam sobie wybierać. Chciałam być tam, gdzie będę najbardziej przydatna.

Tanzania to miejsce dla nas bardzo odległe, także kulturowo. Jak wyglądało Pani pierwsze zderzenie z taką różnicą? Także pod względem zawodowym.

Na początku wszystko łykałam z wielkim zachwytem, dopiero z czasem widziałam ogromne różnice kulturowe, szczególnie w relacjach miedzy kobietami a mężczyznami w plemieniu Sukuma, wśród którego pracuję. Nie mogę do tej pory zaakceptować tego, że to kobieta musi być posłuszna i usłużna mężczyźnie, jej prawo głosu jest ograniczone, a bez względu na to, czy jest chora, czy w 9 miesiącu ciąży, musi ciężko pracować w domu. Wiele było przypadków pacjentek na oddziale pobitych przez swoich partnerów. To się na szczęście zmienia, więc mamy nadzieję, że za kilka lat te relacje będą wyglądać inaczej. Przede wszystkim ważna jest edukacja w tej dziedzinie.

Ja sama doświadczyłam dyskryminacji czy konfliktów z mężczyznami zatrudnionymi w naszej klinice. Od pewnego czasu jestem koordynującą cały personel medyczny przychodni i moim głównym zadaniem jest wyłapywanie błędów, nieprawidłowości i korygowanie ich. Szczególnie dotyczy to naszych dwóch felczerów. Oni zaś nie mogą zaakceptować tego, że ja, kobieta, do tego młodsza od nich, mam prawo ich poprawić czy ukarać za np. notoryczne spóźnianie się do pracy. Wyniknęło z tego już wiele konfliktów i dużo nerwów straciłam, ale warto. Dla kobiet, które także muszą być szanowane i doceniane, warto!

Jak wygląda praca położnej w Tanzanii? Prowadzi Pani swojego bloga i także tam opisuje swoje doświadczenia – z wieloma sytuacjami chyba nie miałaby Pani możliwości zetknięcia się w Polsce, w Europie, w krajach tzw. Północy?

To prawda. Praca położnej wygląda tu całkowicie inaczej niż sobie wyobrażałam. Przede wszystkim każda para „wykształconych” rąk się przyda. Nieważne, że ja studiowałam tylko 3-letnie studia licencjackie na kierunku Położnictwo, bo tutaj i tak jestem jedyną osobą, która ukończyła studia. I nie znaczy to w ogóle, że wszystko widziałam i wszystko wiem (bo tak nie jest!), ale po prostu oczekiwania w stosunku do mojej osoby były większe niż do innych naszych pielęgniarek, które kończyły roczny kurs pielęgniarski. Dlatego też nie pracuję tylko na oddziale położniczym, ale tak naprawdę spotykam się z całym przekrojem medycznym pacjentów na naszych oddziałach. Są to przeważnie choroby tropikalne (z czego najczęstsza to malaria), wszelkie urazy powypadkowe i nie tylko, wszelkie powikłania w czasie ciąży i porodu, przeróżne zakażenia bakteryjne i choroby współistniejące z AIDS. Pracowałam nie tylko na oddziale jako pielęgniarka/położna, ale po krótkim czasie zaczęłam przyjmować dyżury lekarskie – nie mamy w klinice lekarzy. Jest dwóch felczerów, przyuczonych praktycznie do pracy. Oni i ja, wraz z jedną siostrą zakonną – pielęgniarką, wykonujemy 24-godzinne dyżury lekarskie.

Spodnie dla niemowlaka (1).png

Pamiętam swój pierwszy dyżur lekarski. Zawołali mnie w nocy i po drodze modliłam się, by nie było to nic do szycia. Nie czułam się w tym zbyt pewnie i po prostu tego nie lubiłam. Gdy doszłam na miejsce, na stole leżał kilkuletni chłopiec z nadciętym palcem u nogi – wpadł mu w koło jadącego roweru. Trzeba było szyć – na znieczuleniu miejscowym, bez prądu, z latarką na głowie, z trzęsącym się rękoma i modlitwą w sercu, by tak zszyć, żeby nie amputować za parę dni. Udało się i od tamtej pory polubiłam szycie! Szyłam tutaj bardzo dużo, ale muszę niektórych zdziwić, bo nie było to krocze! Nie nacina się tu krocza rutynowo, a jedynie przy naprawdę poważnych wskazaniach. Na początku do nacinania krocza zniechęcały mnie zwykłe nożyczki, które były tak tępe, że kawałka materiału nie mogły przeciąć. Nie używałam ich, więc musiałam się nauczyć ochraniać krocze.

Słowo położna zawsze kojarzyła mi się z przyjmowaniem nowego życia na świat. Tutaj moim największym wyzwaniem jako położnej była opieka nad tymi, którzy odchodzą już z tego świata. Dużo, bardzo dużo osób przyjętych na oddziały naszej przychodni znajduje się w ostatniej fazie choroby AIDS. A są też i tacy chorzy, którzy przychodzą za późno i pomimo natychmiastowej pomocy medycznej wciąż umierają na malarię czy zaawansowaną anemię.

Praca tutaj to dla mnie nie tylko praca medyczna. Odczuwam to przede wszystkim jako służbę drugiemu człowiekowi – czy jest to zawożenie karetką chorych do szpitala, czy prowadzenie administracji, czy chrzczenie umierających, czy słuchanie narzekających, czy robienie zaopatrzenia przychodni , czy rozdzielanie pokłóconych małżonków, czy po prostu uśmiech do drugiego człowieka– tak z mojej perspektywy wygląda tu praca położnej.

Mówimy sporo teraz o idei świadomego macierzyństwa, zwiększaniu standardów opieki okołoporodowej – czy jest to w jakiś sposób możliwe także w miejscu, gdzie obecnie Pani przebywa? I jak w takim razie wyglądają porody w Tanzanii?

Porody są bardzo fizjologiczne, zero jakiejkolwiek ingerencji medycznej bez wyraźnych wskazań. Oczywiście, wszystko na zdrowy rozum, ale na pewno nie przebija się pęcherza i nie nacina krocza „by było szybciej”, nie zmusza się do ciągłego leżenia pacjentki. Pacjentka jest wolna przy porodzie. Ostatnio miałam pacjentkę rodzącą w siódmej ciąży, która poszła na spacer wokół przychodni. Wróciła po 4 godzinach i w sumie martwiliśmy się, czy nie urodziła nigdzie po drodze. Na szczęście nic takiego się nie stało. Urodziła zaraz po powrocie na salę porodową. Niektóre pacjentki rodzą na podłodze, inne na łóżku w różnych pozycjach, jedne z czterema osobami towarzyszącymi, a inne same. Jedne jedzą, ile się da i piją lokalny wywar z ziołami wzmacniającymi czynność skurczową, a inne wolą leżeć i spać między skurczami. Dajemy im wolność, jednocześnie bazując na naszej wiedzy i doświadczeniu, ale też zdając się na nasz i ich instynkt. Bo nikt mi nie powie, że kobiety, które rodzenie mają we krwi i rodzą średnio ośmioro dzieci w swoim życiu, nie wiedzą jak się zachować przy porodzie.

Tutaj wszystko dopiero się rodzi, szczególnie w rejonach wiejskich, gdzie mieszkam. Czas na zwiększenie standardów opieki okołoporodowej jeszcze na pewno przyjdzie – naszym obecnym celem jest to, by każda kobieta ciężarna w naszej okolicy była chętna do prowadzenia ciąży pod opieką położnej i miała dostęp do prawidłowej Poradni K. Często zdarza się tak, że kobieta ciężarna ani razu nie miała zbadanego ciśnienia krwi, nie mówiąc o badaniu hemoglobiny, moczu, badaniu na obecność kiły czy wirusa HIV. W wielu przychodniach rządowych w naszej okolicy pacjentki do porodu muszą przynieść ze sobą dwie pary rękawiczek dla położnej – jedną do pierwszego zbadania, a drugą do porodu. Do tego muszą donieść gaziki i ergometrynę, używaną w trzecim okresie porodu zamiast oksytocyny. Bez takiego wyposażenia często nie mają szans urodzić pod okiem akuszerki czy felczera. Brakuje też edukacji kobiet, takiej podstawowej. Zawołali mnie kiedyś do porodu 16-letniej dziewczyny, która próbowała przez 2 dni urodzić w domu swoje pierwsze dziecko. Dziecko było ułożone pośladkowo. Kiedy osoby z jej otoczenia zorientowały się, że sytuacja jest już krytyczna, przywieźli rodzącą do nas. Miała już pełne rozwarcie, a w szparze sromowej ukazywały się pośladki. Dziecko urodziło się w bardzo ciężkim stanie, ale ostatecznie stan się polepszył i dziecko przeżyło. Byłam wściekła na rodzinę tej młodej dziewczyny.

W dziewiątym miesiącu ciąży, po stwierdzeniu położenia miednicowego, pacjentka dostała skierowanie do porodu w szpitalu. Rodzina nie chciała jechać, próbowali przez dwa dni urodzić w domu. Gdy wyrzuciłam na nich całą swoją złość za ich nieodpowiedzialność – zobaczyłam w odpowiedzi uśmiech i usłyszałam „ale Pan Bóg i tak nam pomógł”. Wyszłam. Nie potrafiłam pojąć tej sytuacji. To jedna z tych różnic kulturowych, które ciężko mi zrozumieć.

Czego – jako położnej – najbardziej Pani brakuje w Tanzanii?

Nie mogę powiedzieć, że brakuje mi samodzielności czy odpowiedzialności – bo tego jest tu pod dostatkiem. Ale na pewno brak pewnych możliwości – wiele z komplikacji udałoby się uniknąć, gdybyśmy mieli możliwości farmakologiczne czy zabiegowe. Mówię tu choćby o tlenie, o inkubatorze dla maluchów, o niektórych lekach, o możliwości założenia vacum czy kleszczy. Przydałoby się to na pewno.

Jaka jest pozycja położnej w afrykańskim społeczeństwie?

Ze względu na dużą płodność w plemieniu Sukuma, każda kobieta miała mniejszy czy większy kontakt z położną czy akuszerką. I nawet jeśli kobiety nie chcą dotrzeć na poród do punktu medycznego, to zawsze do porodu zawołają kogoś, kto ma już jakieś – choćby małe – doświadczenie w porodach. Tutaj mnóstwo kobiet przyjmowało porody swoich kuzynek, córek, sióstr, sąsiadek, więc wydaje mi się, że większość kobiet tu jest w jakimś sensie położnymi. Poród jest tu naturalną częścią życia każdej kobiety. Niektóre kobiety przychodzą do nas w drugim okresie porodu, po kilku skurczach partych rodzą dziecko, po 10 minutach ubierają się, wstają z łóżka porodowego i idą samodzielnie na oddział położniczy, a po paru godzinach obserwacji proszą o wyjście do domu, bo inne obowiązki czekają.

Jak długo zamierza Pani pracować w Tanzanii? Czy może są jeszcze jakieś miejsca na mapie, gdzie chciałaby Pani pracować?

Tak naprawdę to jest już moja końcówka tutaj. Pod koniec czerwca będę już w Polsce i po koniecznej aklimatyzacji chcę kontynuować studia i pracę jako położna w Polsce. Są jeszcze takie miejsca na mapie, szczególnie Kenia – kraj sąsiadujący z Tanzanią i dosyć podobny. Ale czy uda się tam wyjechać, nie wiem. To zależy od wielu czynników, ale my w języku suahili mówimy Mungu akipenda – „Jak Bóg da!”

Wiadomo, że każdy z pacjentów jest tak samo ważny. Czy może jest jednak jakaś sytuacja, na której wspomnienie po prostu wie Pani, że warto? Taka, która dodaje Pani sił? A może widzi Pani takie sytuacje na co dzień?

Jestem szczęściarą – widziałam wiele cudów w naszej pracy tu w Tanzanii. Najwięcej takich sytuacji dotyczy wcześniaków. Mieliśmy kiedyś przedwczesny poród u pacjentki chorej na AIDS i gruźlicę. Narodziła się Mwajuma, 1,1-kilogramowa dziewczynka. Nie dawaliśmy jej po ludzku szans – nie mamy inkubatora, tlenu, sterydów i innych leków potrzebnych do ratowania wcześniaków. Do tego matka nie mogła karmić swoim mlekiem ze względu na kombinację leków, które przyjmowała na AIDS i gruźlicę. Mleko sztuczne nie było u nas dostępne. Zostało nam do wyboru tylko mleko krowie – i na tym mleku Mwajuma się uchowała. Ma obecnie 7 miesięcy, jest prześliczną i dobrze rozwijającą się dziewczynką. A co najważniejsze – pierwszy test na obecność wirusa HIV we krwi okazał się negatywny, więc są wielkie szanse że mała będzie zdrowa!

Chyba wiele osób zadaje pytanie „Dlaczego Pani to robi?”. Czy ma Pani już gotową odpowiedź?

Muszę mieć gotową odpowiedź. Muszę sobie ją często powtarzać, by w czasie trudności nie stracić sensu bycia tutaj. Jestem tu przede wszystkim, by służyć, by dać kawałek siebie innym. Tym, którzy mnie tu potrzebują, a jednocześnie których potrzebuję też ja, bo mam ogromne poczucie w sercu, że im więcej im daję, to tym więcej od nich otrzymuję!

Monika Nowicka prowadzi swojego bloga http://poloznawswieciekobietsukuma.blogspot.com/, na którym opisuje swoje przeżycia związane z pracą położnej w Tanzanii.

Jeśli uważasz ten artykuł za przydatny, podziel się nim z innymi.
Pin It
Pozostań też z nami w kontakcie:
- Polub nasz fanpage na Facebooku, a będziesz na bieżąco z najnowszymi artykułami i ciekawostkami ze świata parentingu
- Śledź nas na Instagramie. Znajdziesz tam ciekawe akcesoria dla dzieci, wartościowe książki i relacje z miejsc, w których bywamy :)
- Zapisz się do naszego newslettera. Jako pierwsza/pierwszy otrzymasz dostęp do najnowszych artykułów, konkursów i różnorodnych bonusów.

BRAK KOMENTARZY

Odpowiedz